Zmiana, czyli mózg swoje, a emocje swoje.

141H

Postanawiasz sobie, że schudniesz, zaczniesz ćwiczyć, czytać książki, ubierać się elegancko, uczyć się angielskiego, rzucisz palenie, przestaniesz krzyczeć na dzieci, zaczniesz doceniać pracowników dobrym słowem i tak dalej i tak dalej. I jeśli już uda Ci się zacząć coś robić inaczej, zamiast jak większość, przekładać na jutro (wieczne nomen omen), szybko się okazuje, że wracasz do punktu wyjścia i swojej ulubionej kanapy, a ciuchy do ćwiczeń (jeszcze z metkami) lądują w najgłębszej szufladzie.

I tak postanowienie za postanowieniem utwierdzasz się w przekonaniu, że zmiany nie są dla Ciebie. Że lepiej nie zaczynać, bo znów skończysz rozczarowana/y sobą w punkcie wyjścia. Z poczuciem, że do niczego się nie nadajesz (chyba, że Twoja pewność siebie jest na tyle pewna i silna, że zwalisz winę na warunki zewnętrzne, które Ci wytrwanie w zmianie uniemożliwiły).

To jak to jest, że chcesz, jesteś pewna/y, że to będzie dla Ciebie najlepsze, a potem modlisz się, żeby zapomnieć, że w ogóle przyszło Ci to do głowy?

Zmiana wymaga wysiłku. A to oznacza, że musisz wyleźć ze swojej strefy komfortu, czyli tego stanu, który znasz, jest Ci w nim wygodnie (nawet jeśli wiesz, że nie jest najlepszym z możliwych – np. palenie papierosów), w którym zachowania pojawiają się automatycznie i są najbardziej naturalne.

Jak to działa?

Skrzyżuj ręce/ramiona (tak jak w nadinterpretowanej postawie zamkniętej). Zrobione? Jak się czujesz? Normalnie, dobrze, wygodnie. Co myślisz? Nic w związku z tym jak trzymam ręce, natomiast rozmyślam o sprawach, które akurat mam na tapecie.

To teraz skrzyżuj ręce odwrotnie. I co? Zajęło Ci to chwilę? Musiałeś/aś się skupić na tym która ręka pod którą? I jak to zrobić, żeby nie zrobić tak jak zwykle? Jak się czujesz? Źle, niewygodnie, nieswojo? Co myślisz? W zasadzie nic poza tym, że Ci dziwnie, że gniecie i że najchętniej wrócił(a)byś do swojego starego układu rąk.

No właśnie – niby zmiana niewielka, a uwiera, przeszkadza i pochłania Twoją uwagę tak, że trudno Ci się skupić na czymś innym. Jeśli w niej wytrwasz po pewnym czasie przestanie Cię denerwować nowy układ rąk i przestaniesz odczuwać dyskomfort. A później stopniowo stanie się zupełnie naturalna. Ale na początku będzie wymagała uwagi, a stare przyzwyczajenia będą walczyć o swoje i wykorzystywać każdą okazję, żeby zaistnieć.

To ćwiczenie pokazuje w uproszczeniu jak działa mechanizm zmiany. Pokazuje również jak to, co pojawia się w naszym ciele i umyśle, może skutecznie zablokować dalsze próby i w ogóle samą chęć wprowadzenia zmian. Tym bardziej, że nad zmianą jakiegoś zachowania musisz pracować tu i teraz (i odczuwać dyskomfort), a efekty tej zmiany (i przyjemność, która wiąże się z osiągnięciem celu) zobaczysz i odczujesz dopiero w przyszłości. A Ty chcesz mieć zwrot z inwestycji tu i teraz! Natychmiast! Jeśli się poświęcasz to chcesz mieć nagrodę jak najszybciej, a nie „nie wiadomo kiedy”.

I tak padają wielkie plany rzucania palenia, chudnięcia, nauki języków, regularnych ćwiczeń. Bo pozwalasz dojść do głosu emocjom, które zawsze powiedzą Ci: „to niewygodne, wracaj na kanapę”. Na szczęście masz mózg, który możesz uruchamiać w tej samej chwili, w której emocje Cię poniosą i sprowadzić do parteru racjonalnie uzasadniając całą wiedzę, którą masz na temat zmiany. Bo na tę chwilę mózg racjonalizuje sobie powody, dla których odpuszczasz. Bo w sumie nie palisz aż tak dużo, bo przecież kilka kilogramów na plusie to nic strasznego, bo ta cała aktywność fizyczna jest przereklamowana…. Gdy zadbasz o to, żeby mózg pracował dla Ciebie, a nie dla emocji – wygrasz i wprowadzisz zmianę.

Bo wystarczy wiedzieć, że zmiana jest możliwa nawet jeśli polegliśmy nie raz i nie dwa. A jak wiemy dlaczego polegliśmy to możemy COŚ z tym zrobić. Sami, nikt za nas tego nie zrobi.

W książce, która ukaże się niebawem pokazuję jak ten proces działa w kontekście odchudzania. Jeśli się nie odchudzasz, a chcesz dowiedzieć się więcej – zapraszam wkrótce!

Facebookmail
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Zmiana, czyli mózg swoje, a emocje swoje.

  1. Wanda pisze:

    Taaaa… zmiana, ale pod warunkiem, że nie będę musiała nic robić!
    Ostatnio próbowaliśmy zorganizować przyspieszony kurs, na który mieliśmy mnóstwo chętnych. Największym atutem tego kursu miało być właśnie to, że będzie przyspieszony, tzn. cały materiał maksymalnie ściśnięty, uczestnictwo we wszystkie weekendy, a przez to zakończenie w krótkim czasie. Właśnie dlatego ludzie się zapisywali. Jednak na zebraniu organizacyjnym 90% osób się wycofało. Powód? Mamy swoje prywatne życie! Każdy weekend? Nie ma mowy… Kurs powinien być przyspieszony w ten sposób, żeby nie trzeba było za często przychodzić. Opuszczanie zajęć też nie wchodzi w grę, bo stracimy treści dla nas ważne. Kursu nie ma. Każdy został w tym samym miejscu. Z wolnymi weekendami. Nawet ci, którzy chcieli przychodzić – było ich za mało.
    Kto to powiedział, że do sukcesu nie ma windy – ale klatka schodowa jest zawsze otwarta?
    Przecież za wszystko płacimy: za chleb, kiełbasę, benzynę; ustępstwem za zgodę w związku, przysługą za przysługę koledze, wysiłkiem za zarobione pieniądze… Dlaczego akurat za własne osiągnięcia nie chcemy zapłacić? Tym bardziej, że płacimy sami sobie 😉

    • Agnieszka (na własnych zasadach) pisze:

      Schody za strome. Spocę się, zmęczę. A status quo aż tak bardzo nie boli – w końcu jest jak jest, a jak będzie to zawsze wielka niewiadoma.
      Kanapa zawsze wygodniejsza i mniej wymagająca niż rozwój…

      • Wanda pisze:

        A przecież nie zawsze tak było. Szliśmy do liceum czy technikum, na studia, wkładaliśmy wysiłek, inwestowaliśmy w nieznaną przyszłość. Nie wystarczał nam etap rozwoju, chcieliśmy czegoś więcej. Za wszelką cenę.
        Kiedy zaczyna nam się robić wszystko jedno? Ja zgubiłam ten moment. Kiedy szale się równoważą, a w końcu zaczyna się przechylać ta druga. Co trzeba na niej położyć, żeby znowu przeważyła?

        • Agnieszka (na własnych zasadach) pisze:

          A może to jest tak, że przestajemy odczuwać przymus? Liceum, studia „wypada” zrobić, a wszystko co dalej wynika bardziej z chęci i świadomego „poświęcenia” wolnego czasu, wysiłku (również umysłowego). A że nie wiemy czy zwrot z inwestycji będzie, to wolimy nie tracić energii?

  2. Pingback: Nie mam czasu… Czyli wymówka wszechczasów! | na własnych zasadach

Możliwość komentowania jest wyłączona.