Kto robi sobie ze mnie jaja.

259H

Świat mnie zadziwia. Każdego dnia. Świat jak świat, ale ludzie! Nieustająco chodzę jak dziecko z otwartą buzią, bo mam wrażenie, że ludzie, z którymi mam do czynienia robią sobie jaja.

Na przykład zapisuję się na webinar. Organizuje go profesjonalna (powiedzmy) firma, która, jak wiadomo, w takiej formie zachęca do zakupienia produktu czy usługi. Na początek potok tytułów prowadzącego, zagraniczno-brzmiące nazwy szkół i tysiące certyfikatów. Profeska na maksa. Gdyby nie to, że w drugich słowach ten sam pan mówi, że może się zdarzyć (tak jak na poprzednim webinarze miesiąc temu), że zasięg będzie zanikał, w związku z czym może być problem z połączeniem. I że zamiast czwórki prowadzących będzie jeden. I że slajd z literaturą (który miał być) niestety „się nie wgrał”. Naprawdę??? I pan jest ekspertem od sprzedaży i komunikacji? Moje poczucie własnej wartości i kompetencji jest teraz na Mont Evereście.

Albo słucham trenera personalnego, który sprzedaje swoje usługi w trakcie krótkiego wykładu o zdrowiu fizycznym. I opowiada historie pań, które podczas pierwszego treningu z nim wymiotowały, albo mdlały z wysiłku. Lecę kupić karnet…

A Projekt Lejdi w TVN? Do łez rozbawił mnie pierwszy dzień w rezydencji, kiedy dość wyzwolone dziewczyny podciągały pod biust przydziałowe, granatowe spódniczki, żeby w postaci mini zostawić trochę swojego świata w nowej rzeczywistości. I święte oburzenie prowadzącej, że damie takie mini nie przystoi. A obok Rozynkowa w roli gospodyni programu, której spódniczki i sukieneczki różnej krótkości publikowane było chyba już wszędzie i odsłoniły wszystko, co u damy powinno pozostać zasłonięte.

Współczucie mam tylko dla pana z siłowni – najpewniej nigdy niczego nie sprzedawał. I dopóki nie musiał, to ok. Chociaż może to tylko ja nie wybiorę takiego trenera – może dla kogoś mdlenie podczas zajęć jest atrakcyjne…

A może to mój cholerny profesjonalizm nie pozwala mi ruszyć z wieloma tematami, bo wciąż niewystarczająco się znam i za mało wiem. A inni lecą z koksem i mają w nosie profesjonalizm najwyższych lotów. Ja na byle-co nie mam zgody, na drobne wpadki tak, ale nie toleruję fuszery, zwłaszcza takiej, która zabiera mój czas i pieniądze. Fuszery i zaplanowanej obłudy.

A może warto być uważnym na kit i obłudę? I dobrze wybierać, a jeśli wybierzesz źle to rezygnować i nie robić dobrej miny do złej gry?

Zadziwiło Cię coś ostatnio?

Facebookmail
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Kto robi sobie ze mnie jaja.

  1. OLA pisze:

    Też tak mam. I nie będę polemizować. Dodam tylko, że wierzę właśnie w biznes prowadzony z rozmysłem i nie byle jak. Potrzebuje on tylko dłuższego rozbiegu. I tu jest pytanie czy w czasach sprint stać nas jeszcze na spacer…

  2. Tomek pisze:

    Nasza cecha narodowa to – „bylejakość”. W powiązaniu z najniższym poziomem zaufania społecznego w Europie mamy szansę na dogonienie Europy w 3000 roku:)
    Bo przecież „jakoś to będzie” i „Polscy lotnicy to i na drzwiach od stodoły polecą”. Brrr…

    • Agnieszka (na własnych zasadach) pisze:

      Zawsze można się potem cieszyć, że bylejakość bylejakością, ale ta odwaga!

    • Pedagog pisze:

      To sobie muszę zapisać na mojej „Ścianie haseł „, „Polscy lotnicy to i na drzwiach od stodoły polecą”. Brrr…
      Zajebisty tekst
      Panno Agnieszko blog jest zajebisty
      Pozdrowienia

  3. Pingback: Obłudy ciąg dalszy, czyli jak na Chylińskiej psy wieszano. | na własnych zasadach

Możliwość komentowania jest wyłączona.